Mongolia była fajna, bo…

Mongolia była fajna, bo…

Mongolia była fajna, bo zawsze było gdzie pójść cz17

Tym razem poszliśmy na wschód prosto na targowisko. Droga była prosta, miejsce docelowe jasne. Problem polegał na tym że nie byliśmy się w stanie dostać do środka.
W końcu odnaleźliśmy wejście ukryte między kontenerami.
Na nasze szczęście nie było to tak duże targowisko jak słynne Osz w Kirgistanie. Wtedy 4 godziny robiliśmy zakupy a kolejne 3 szukałem motocykla. Przez ostatnie dwie godziny samotnie bo kolega stwierdził że pierdoli i usiadł w niedalekim parku w cieniu. Prawdziwy kolega zaopiekował się w tedy moim kaskiem i zakupami.
O targowisku w mieście Ałtaj mogę powiedzieć że posiada sporo z tego co może się w jurcie i jej okolicy przydać. Chyba tylko żywym inwentarzem nie handlują. Martwym jak najbardziej. Oczywiście bez chłodni.
Wejściena targowisko było nie pozorne pomiędzy kontenerami.
Całość zajmowała tyle miejsca co jedna dzielnica z laczkami w Osz. Ta ze spodniami do marynarki w Kirgistanie była dwa razy większa.
Co nie znaczy że była mała. Po prostu miała z 3 hektary.
Zaczęliśmy od stoisk z drobnicą, następnie przeszliśmy na aleję jurtową, można było tutaj znaleźć: maty, szczyty, drzwi.
Następnie zagłębiliśmy się w część odzieżową. Stały tam trzy starsze wysokie Mongołki. Które bardzo miło i grzecznie zachęcały do wejścia i obejrzenia sortymentu.
Później trafiliśmy na stoisko z oporządzaniem dla koni.
Zadziwiająco innych używają siodeł.
Weszliśmy do części motocyklowej a w niej mieli nawet warsztat.
Przybytek ten prowadziła kobieta, za stół naprawczy służyło klepisko przed składem. Główną naprawą zajmowała się także ona, dwaj mężczyźni sprawiali wrażenie pomocników. Przez chwilę przyglądaliśmy się jej pracy z zaciekawieniem.
Narzędzia których używała sprawiały wrażenie bardzo kiepskich jakościowo. Używała tak mało narzędzi, zastanawiałem się czy więcej nie ma czy też nie potrzeba.
Weszliśmy w aleję motocyklowo rowerową, czyli tą która mnie najbardziej ciekawiła.
Mogłem naocznie porównać w końcu kilka maszyn różnych producentów.
Dominował shineray ze swoim mustangiem 5.
Pojemności od 150 do 180cm3 przynajmniej takie były oznaczenia na boczkach.
Motocykle podobnie wyglądały. Uboższa wersja rometa ADV 150.
Nie miały hamulca tarczowego z przodu.
Po bliższym obejrzeniu maszyn, okazało się że silniki także potrafią się różnić z wyglądu.
Był także kontener z częściami do jednośladów. Usilnie poszukiwaliśmy odpowiedniej dętki. Niestety Mongołowie mają tylko dwa rodzaje dętki : na przód i na tył do ADV 150.
Dokupiliśmy łatek i kleju.
Pod koniec alejki znalazłem rodzynka Yamahę niestety nie mała napisanego modelu an boku. A w europie na pewno nie była wypuszczana.
Gdy zaproponowałem powrót do hotelu. Kolega stwierdził że kupił by coś na pamiątkę. Żonie, córce, babci, mamie, wujkowi, przełożonemu w pracy itp.
A więc znów zaczęliśmy zwiedzać stragany minęliśmy te same miłe Mongołki które pokazywały nam różne ubrania a my szukaliśmy miejscowe rękodzieło. Nawet filiżaneczki z napisami po Mongolsku były rękodziełem tylko że…. CHIŃSKIM wszystko to były wyroby z CHRL.
Chyba tylko mleko, śmietana i mięso było miejscowe. Nawet warzywa ściągali z Chrl.
Rozpoczęliśmy trzeci obchód targowiska.
Lubię tamtą część świata gdyż ludzie w sklepach, na ulicy i na targowiskach nie są nachalni. Wszystko odbywa się jak w Polsce. Co najwyżej po jakimś czasie sprzedawca zapyta się co może podać. Jakże milej niż w takim Maroku czy Egipcie.
Znów przechodziliśmy obok tych starszych Mongołek. Gdy nas zobaczyły pokazały na nas palcem i zaczęły się śmiać. Ewidentnie z nas kpiły.
Gdy mój chwiejny w wyborach kolega znów nic nie wybrał na całym targowisku, postanowiliśmy pójść do najlepszego baru na targowisku. Najlepszego bo jedynego
Menu nie było. Kelnerka nie umiała w żadnym języku prócz ojczystego.
Dlatego wstałem i pokazałem jej na to, co jedli 2 stoliki dalej. A następnie na stolik obok, gdzie mieli coś w kształcie szaszłyku po tajlandzku. Wszystko razy dwa i jeszcze mnogo czaju. Klientów baru ubawiliśmy ciąganiem kelnerki po sali i pokazywaniem jedzenia palcem. Natomiast samą obsługującą wprowadziliśmy w konsternacje słowem czaj.
Słowo Lipton wywołało uśmiech na twarzy kelnerki. Chwała wam między narodowe firmy.
Dostaliśmy pierwsze zamówione danie. Bardzo mi smakowało mimo że jako warzywo na talerzu było puree ziemniaczane. Może rzeczywiście kucharka była świetna a może ja byłem głodny i spragniony, smaków innych niż zupki Chińskie.
Gdy skończyłem jeść pierwsze danie czułem się bardzo syty. A zamówiłem jeszcze potężny szaszłyk.
Wtedy obiecałem sobie więcej nie zamawiać na bardzo głodnego. Trudno przyniosą to zapłacimy i pójdziemy. Odmawiać nie ma jak bo kompletnie się nie dogadywaliśmy.
Po 20 minutach czekania uznałem że na szczęście kelnerka nie zrozumiała że prosiłem o jeszcze jedno danie i poszedłem zapłacić.
Udaliśmy się znów na poszukiwania pamiątek, gdy po raz czwarty przechodziliśmy obok starszych Mongołek one się już z nas śmiały gdy my byliśmy o 20 metrów od nich. Nie wiem co sobie na wzajem naopowiadały ale ewidentnie wytykały nas palcami i szydziły.
Na szczęście tylko we trzy.
Rozpoczęliśmy obchód straganów po raz piąty gdyż mój zdecydowany i twardy w decyzjach, oraz nie ugięty w postanowieniach znajomy, nie mógł nic wybrać.
Tym razem Gdy doszło do przejścia obok starych Mongołek kolega stwierdził że pierdoli te stare wiedźmy i ma ich dosyć. Poszliśmy aleją obok.
ALLELUJA kupił babci pas nerkowy z wełny najszlachetniejszego z wielbłądów i coś tam żonie.
Wyszliśmy z targowiska i udaliśmy się do hotelu. Siedząc nad mapą obraliśmy miasto docelowe w którym można będzie kupić więcej i bardziej sensownych suwenirów.
Po czym pod wieczór wyszliśmy na miasto. Trafiliśmy do baru.
Niestety mieli tam tylko słone orzeszki trochę alkoholu i oranżady, coś tam kupiliśmy..
Dziwny to był bar bo w pomieszczeniu nie było żadnych stolików ani krzeseł. W korytarzu było kilka drzwi. Okazało się że to są jakby loże. udaliśmy się tam aby posiedzieć na sofach i pogadać. Na ścianie telewizor i jakiś sprzęt muzyczny.
Próbowaliśmy uruchomić ekran, przyszła barmanka. przeniosła cennik i powiedziała że za używanie sprzętu do karaoke należy uprzednio zapłacić, wtedy go dopiero włączy. Zdecydowaliśmy się nie śpiewać mongolskiego disco polo.
Dlatego posiedzieliśmy jeszcze trochę i poszliśmy na spacer. Wybraliśmy jak najbardziej okrężną drogę. Przemieszczając się wolnym tempem po 20 minutach staliśmy znów przed miejscem docelowym. Poszliśmy w innym kierunku i wyszło to samo. Ałtaj to nie jest duże miasto.
Choć zapewne w Mongolii za takie uchodziło.

#mpetrumnigrum #podroze #motocykle

Comments are closed.