Zawsze gdy wyjeżdżamy na…

Zawsze gdy wyjeżdżamy na…

Zawsze gdy wyjeżdżamy na wschód prędzej czy później trafiamy na pozamykane w ciągu dnia restauracje
Wtedy w pierwszym odruchu człowiek się zastanawia o co chodzi? CZ. 23

Nie tyle pozamykanych na zamek co na klientów a w środku wszyscy biegają jak w ukropie ale jak chcesz wejść do środka to mówią że Restauracja zamknięta otwierają o 21:00.
Chociaż są też takie że normalnie wpuszczą cię do środka i dadzą jeść.

Pamiętam taką sytuację z Turcji.
Restauracja otwarta gości nie ma. Kucharze i obsługa uwija się jak w ukropie. Mnóstwo jedzenia naszykowane, pewnie będzie jakaś rodzinna impreza pomyślałem. Była szesnasta.
Wpuścili nas do środka jedliśmy w samotności a niedaleko nas rosły dosłownie góry pociętego chleba i przeróżnych sałatek.
Sytuacja trochę dziwna. Na odchodnym dowiedzieliśmy się że właśnie trwa ramadan i żaden prawowity muzułmanin nie je nic przez cały dzień. A w nocy zaczyna się prawdziwe obżarstwo.
Ale my mieliśmy taryfę ulgową bo nie jesteśmy muzułmanami.
Tamtego wieczoru rozbiliśmy się pomiędzy pagórkami niedaleko jakiejś większej wioski i przy zachodzie słońca muezzin zaczął śpiewnie nawoływać do modlitwy z minaretu.
Wtedy pierwszy raz, poczułem że jestem w jakimś egzotycznym kraju.

Ale wracając do Mongolii i miasta Olgij. W nocy wybraliśmy się do innej Restauracji a zasadniczo to próbowaliśmy się dostać ale na piętrze w restauracji trwała wyżerka i dla postronnych była zamknięta.

RAMADAN kto by pomyślał że nawet w Mongolii spotkamy to święto. Ale miasto Olgij najwyraźniej w większości jest zamieszkałe przez Kazachów.
Skierowali nas na parter do kawiarni w której zajęliśmy ostatni stolik..
Kakofoniczna muzyka była prawie ogłuszająca.
Następnego dnia przed wyjazdem z miasta zapytaliśmy się naszego młodego opiekuna hostelu gdzie można znaleźć mongolskie rękodzieło.
Okazało się że jego rodzina prowadzi taki sklep. Tylko jego brat musi przyjechać i sklep otworzyć.
Przyjechał błyszczącym Land Criuserem gość młodszy od nas.
Udaliśmy się do sklepu i zaczęliśmy oglądać towary.
Młodszy zaczął opowiadać o tych ręcznie robionych suwenirach. A starszy (cały i zdrowy) powiedział że musi gdzieś pojechać i za 20 minut wróci.
Wybieraliśmy pamiątki i słuchaliśmy co ma do powiedzenia młodszy.
Opowiadał z jakiego rejonu pochodzą te rzeczy ile czasu potrzeba aby je zrobić itp.
Trochę wychodził z niego Polski Janusz bo zaczął mówić że to słabo opłacalny interes że turysty mało kupują. Zapomniał że jego brat jeździ prawie nowym Land Criuserem chata jest zrobiona lepiej niż hotele w których spaliśmy.
Widocznie w każdym kraju handlarze mają taką cechę wspólną.
Wrócił jego brat.
Chyba dostał nagłego kataru bo co 15 sekund pociągał mocno nosem.
Ja już kupiłem sobie co chciałem, kolega zastanawiał się jeszcze czy nie kupić tradycyjnego stroju dla swojego najmłodszego dziecka.
Starszy z braci ciągle głośno pociągał nosem.
Jacyś inni turyści wchodzili i wychodzili oglądali i kupowali.
Gdy już znajomy miał całe naręcze prezentów i zastanawiał się nad ostatnim dla wujka cioci szwagra mamy babci.
Ja zlitowałem się nad pociągającym nosem starszym bratem i wyciągnąłem chusteczki jednorazowe w jego stronę.
On odmówił przyjęcia i dalej pociągał nosem. A po 5 minutach wsiadł do samochodu i gdzieś pojechał.
Przez ten czas ukrytkiem obserwowałem twarz młodszego, udawał że nic się nie dzieje.
Widać jednak interes jakoś idzie bo mają wystarczająco dużo pieniędzy na narkotyki.

Po pamiątkach poszliśmy zrobić zakupy na kolejny dzień. Okazało się że wszystkie ulice w centrum są pozamykane. A posterunek Policji dostał wzmocnienie.
Nie wiem czy w Ramadan w tym mieści dochodzi do rozruchów czy też szykowała się jakaś wielka procesja albo jedno i drugie.
Nie byłołatwo dostać się motocyklami do kawiarni z dnia poprzedniego. Ostatnie kilkaset metrów trzeba było przejść pieszo bo Policja była na tyle stanowcza że nawet maszyn nie pozwalali pchać.

W kawiarni zastaliśmy jakiś europejsko wyglądającą parę. Obydwoje coś robili na swoich laptopach.
Zamówiliśmy sporo czaju i sporo do jedzenia.
W tym czasie jedyna z kelnerka uruchomiła estradowy głośnik stojący na stojaku tuż przy oknie, głośnik uwalniał z siebie jakąś kakofoniczną muzykę.
Na szczęście kobieta otworzyła okno i ustawiła głośnik w stronę jezdni.
Obserwowałem minę europejczyka od laptopa.
Z minuty na minutę się pogarszała gdy klikał coś na klawiaturze w swoim aplu.
Obok komputerów stały wymyślne kawy.
Wtedy się złapałem na tym że pierwszy raz widzę w tym kraju automat do kawy i że w sklepach po wsiach nigdzie tej używki w sprzedaży nie było. Mogłeś co najwyżej kupić kapuczine w saszetce.
My jedliśmy, gościowi mina rzedła jeszcze bardziej.
W końcu podszedł do barmanki i po angielsku zaczął jej tłumaczyć że oni tu pracują na komputerach i nie mogą się skupić przez tą zbyt głośną muzykę.
Barmanka cały czas potakiwała głową. Gość zadowolony wrócił do siebie.
Minęło z 10 minut i nic się nie zmieniło, europejczyk tym razem bardziej wkurzony znów poszedł do barmanki i jej już głośniej coś tłumaczył na temat za głośnej muzyki i ŻĄDAŁ aby ją ściszyła.
Ona znów potakiwała głową. Nas ta sytuacja zaczęła mocno bawić.
Nie wiem dlaczego gość miał przekonanie że ta kelnerka umie po angielsku i dlaczego po jednej nie udolnej prośbie się nie wyniósł z lokalu.
Para komputerowców zaczęła się naradzać, chyba nad tym jak przekonać tą mongolską kelnerkę.
Gdy wychodziliśmy gość już nie omal krzyczał po angielsku na pracownicę kawiarni pokazując na głośnik.
Najwyraźniej jego krzyki nic nie dały bo gdy kilkaset metrów dalej wsiadałem na motocykl to jeszcze słyszałem te jazgoty.
Wyjazd z miasta nie był łatwy. Zazwyczaj policja zagradzała nam drogę i kazała zawrócić. Zaczęliśmy jeździć po podwórkach i szukać drogi wyjazdu.
Część przejechaliśmy a pozostałą część drogi przepchaliśmy motocykle po poboczach.
W końcu udało nam się opuścić z miasto.
Skierowaliśmy się na Wschód.

#motocykle #podroze #mpetrumnigrum

Comments are closed.