Jak myślisz ile jest…

Jak myślisz ile jest…

Jak myślisz ile jest kilometrów do tych gór?
A do tej wioski?Cz 15

I tak było nudno a więc postanowiłem podjąć grę.
Grę w zgadywanki.
Staliśmy na jednym płaskowyżu, przed nami rozciągała się nie taka wielka równina a za nią kolejne pasmo wypiętrzeń.
Natomiast po lewej stronie w dolinie znajdywała się wioska. Leżała z kilometr od jeziora otoczonego zielenią.
-Do podnóża gór będzie z 15km. A do wioski maks 35km. Odrzekłem
-Nie. Moim zdaniem do gór będzie 18km a do wioski 42 km. Tylko pamiętaj! Liczymy Od tego miejsca do znaku wioski. Dodał kolega.
O ile taki będzie dodałem w myślach.
Pojechaliśmy.
Zjazd okazał się nie do końca taki łatwy ponieważ wiosenne roztopy utworzyły nowe koryta. I zlikwidowały dotychczasowe drogi.
Gdy już zjechaliśmy licznik pokazał 22km. A wysokościomierz 900m różnicy.
Droga prowadziła do środka doliny. 48km. Po czym skręcała w lewo w stronę wioski tuż przy słupach z prądem.
Przejechaliśmy 50km a wioska wydawała się być na wyciągniecie ręki.
Minęliśmy znak gdy licznik pokazał 82km od miejsca startu…
Wioska robiła się nowoczesna, dociągnęli im prąd. A teraz wylewali taczkami warstwę betonu na środkową ulice. Zapewne nie tuzinkowo nazwana ulicą Chingis Chana.
Trzeba im przyznać że takich betoniarek to w Polsce nie ma, notabene taczek także nie.
Mieli dwa sklepy. Jeden to był kontener, wypakowany workami z ryżem, mąką, makaronami, sprzedawanymi na wagę.
Drugi był normalny.
Pojechaliśmy poszukać drogi do tego jeziora…
Czym byliśmy bliżej tym woda się oddalała ale za to roślinność zieleniała.
Nawet znaleźliśmy prawdziwą łąkę pełną muld.
Problem polegał na tym że fruwały nad nią jakieś astronomiczne ilości meszek a i cała była podmokła.
Wycofaliśmy się.
W wiosce zobaczyliśmy że jezioro jest jednak bardziej po lewej.
A do niego prowadziła droga z piaskiem jak sypki cement. Nie można było tego nazwać piaskiem tylko raczej pyłem. Kolega wjechał w to coś z rozpędu, to zachowywało się jak woda i pryskając z pod przedniego koła ściągnęło mu nogę z podnóżka.
Najgorszy był ten nie opadający kurz. Jak na złość nie chciało wiać.
W końcu znaleźliśmy się na docelowym miejscu które okazało się placem ze skorupą soli na wierzchu niczym w Bonevill.
Gdy szukaliśmy miejsca na postój nadjechał Mongoł na koniu. Zapewne bał się że chcemy zająć jego słone pastwiska.
Rozbiliśmy się 500 metrów dalej na mokradłach nad rzeczką.
Następnego dnia droga się poprawiła. Można było już jechać z 50km/h. Choć okazało się to zgubne bo nagle nie wiedzieć skąd w poprzek drogi ukazał się wąski rów o głębokości metra.
Ledwo wyhamowałem. Zastanawiałem się czy nie była to Mongolska wersja śpiącego Policjanta. W końcu w tym kraju natura jest twardsza od Chucka Norrisa to aby zmusić kierowców do zwolnienia może przekopali rów w poprzek drogi?
Kilka kilometrów dalej znaleźliśmy świątynię. A raczej resztki jej glinianych ścian które jak głosił napis miały już 700 lat.
Ubita glina wystawiona na działanie atmosferyczne nie rozpuściła się całkowicie przez 700lat. Tam musi być sucho..
Znów wjechaliśmy w góry. Najwyższa przełęcz leżała na wysokości 2772m n.p.m
I tutaj już pojawiał się gdzie nie gdzie śnieg.
Zatrzymaliśmy się na przełęczy. Kolega wpadł na genialny pomysł przynajmniej według niego.
Wjedzie na najbliższy szczyt. Mówiłem mu że nie da rady bo przed szczytem widzę jakieś nierówności stoku a to oznacza kamienie. Ale podjazd nie wydawał się stromy maks 30-35%.
On się uparł że wjedzie bez problemu i że mam kręcić jego kamerą wszystko.
-Będzie zajebista wstawka w filmie zobaczysz. Powiedział i pojechał.
Zanim dotarł do podnóża góry minęło 3 minuty.
Silnika już nie słychać, widać tylko mikro mrówkę u podnóża górki która powoli wspina się na szczyt.
W końcu owad stanął w odległości 2/3 od szczytu.
O co chodzi zastanawiałem się. Nie jest stromo, głazów nie widać. Może mu silnik zgasł i nie może odpalić.
Stoi w miejscu i stoi. W końcu po 15 minutach zjechał.
Okazało się że kamienie sięgające ośki w kole go zatrzymały. A nachylenie stoku było takie że jak puszczał któryś z hamulców aby nawrócić motocykl to szybko zjeżdżał tyłem.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej wjechaliśmy do miasta które ma własny port lotniczy. Zresztą dlatego je wybraliśmy, Przecież tylko duże miasta mają porty lotnicze.
A duże miasto ma hotele, restauracje, stacje, centra rozrywki, zabytki do zwiedzania, mnóstwo sklepów ze wszystkim.
Ałtaj był dużym miastem ale w pojęciu Mongolskim. Przejechanie go całego główną drogą zajmowało 6 minut i nawet mieli 2 skrzyżowania ze światłami. Podjechaliśmy do pierwszego Hotelu. Budynek zamknięty a informacji że to hotel była tylko w nawigacji.
Został jeszcze jeden Hotel który wyświetlała nawigacja.
Nie znam się na architekturze Wczesnego Gierka i późnego Gomułki. Jednak myślę że ten Hotel nie powstydził by się okresu budowy w nazwie mającej średni Stalin/Umierający Lenin.
Recepcji zasadniczo nie było.
Była za to kanciapa jak w starej szkole u woźnej. I krzyki dobiegające z górnych pięter.
Na korytarzu wisiały białe zegary to znaczy kiedyś były białe, pokazywały rożne czasy, nie tyle pokazywały aktualny czas co ich wskazówki się w różnych miejscach pozatrzymywały. Pod zegarami przyczepione były tabliczki. Moscow, Paris, Berlin, Stockholm. Ale ten ostatni miał pewne problemy wizerunkowe bo strasznie był zarośnięty przez pajęczyny. Tak mocno że ciężko było odszukać wskazówkę.
Hotel mieści się w tym budynku, zamiast restauracji Sutai.

https://www.google.com/maps/place/A%C5%82taj,+Mongolia/@46.3686455,96.2552515,146m/data=!3m1!1e3!4m5!3m4!1s0x5d66e838a2018069:0x7a3372dda7055bf3!8m2!3d46.3551882!4d96.252495!5m1!1e4

Oczywiście z recepcjonistką nie szło się dogadać, notabene do tej pory nie wiem czy ona umiała mówić po Mongolsku bo tylko chrząkała i wydawała jakieś dziwne odgłosy, chyba była niemową. A więc na migi wytłoczyłem że chcieli byśmy się przespać 2 noce.
Ona zapytała się czy nie chciał bym wyprać odzieży.
Powiedziałem że z przyjemnością ale prędzej chciał bym zobaczyć pokój.
Zaprowadziła mnie do sąsiedniego budynku. To chyba był najlepszy apartament jaki mieli w dodatku dla nowożeńców.bo było jedne łóżko ale za to duże.

Jeśli chodzi o pokój to ocena w skali europejskiej, wypada na słabe 3/10 w obozach pracy w których trzymają Polaków na zachodzie.
Jeśli rozmawiamy o skali Rosyjskich Moteli/Goscienicy to silne 5/10.
A jeśli mówimy o Mongolskich Hotelach to silne 7/10. Najważniejsze że był kibel i nie zapchany prysznic. A rzeczy takie jak brak jakiejkolwiek klapy w kiblu, biegające insekty po podłodze, Czy tez wszędobylski grzyb na ścianach nie był istotny. Z brakiem materaca na łóżku też sobie poradziliśmy. W końcu mieliśmy maty do spania.
Odzież to miałem obleśnie brudną od tego piasku cementu. Do wyprania dałem jej prawie wszystko co miałem.
Zapłaciłem tyle ile za jedną osobę w pokoju. A zasadniczo to ona mi tyle z portfela zabrała gdy go otworzyłem.
Następnego dnia poszliśmy na targowisko.
#motocykle #podroze #mpetrumnigrum

Comments are closed.