Dzień pięćdziesiąty….

Dzień pięćdziesiąty….

Dzień pięćdziesiąty.

Poranek był słoneczny i po wczorajszym dniu oraz zimnej nocy chciałem poleżeć w coraz bardziej nagrzewającym się wnętrzu namiotu. Spakowany byłem dopiero chwilę przed dziesiątą. Przechadzająca się po ogrodzie pani w której ogrodzie się rozbiłem zaprosiła mnie na kawę i śniadanie. Śniadanie zdąrzyłem zjeść ale na kawę miałem ochotę. Chciałem też sobie zwyczajnie pogadać.

Poza kawą z mlekiem dostałem chleb, masło, żółty ser, sałatę, pomidory i ciasto. Nie potrafiłem sobie odmówić. Mimo, że byłem najedzony zrobiłem sobie kilka kanapek i wypiłem dwa kubki kawy. Jedząc i pijąc, na ławce w naturalnym szwedzkim ogrodzie pośród czerwonych domów i budynków gospodarczych, rozmawialiśmy ponad półtorej godziny. Opowiadałem o Szwecji, wadach i zaletach jakie widzę odwiedzając ten kraj. O wadach i zaletach Polski też opowiedziałem. O niej mogłem posłuchać z wzajemnością. Pani wizytowała nasz kraj bo ma znajomych. Wrażenia były pozytywne.

Ruszyłem i chciałem wrócić drogą przez las którą pokonałem ostatnie kilometry by szukać okularów. Niestety nie znalazłem. Znów zgubiłem. Chwilę poźniej zaczyna lekko padać ale szybko przechodzi.

Zaczyna mnie boleć głowa. Dość mocno. Przypominam sobie wtedy jak żona kolegi mówiła, że Szwedzi lubią mocną kawę. Możliwe jednak, że to tylko przypadek i bolała bo musiała sobie poboleć.

Na wykopie dostałem link do strony gdzie zaznaczone są miejsca do schronienia wzdłuż szlaków turystycznych. Jedno znalazłem pomiędzy Nyköping a Torsa i wybieram je jako cel dzisiejszej jazdy. Oddalone jest o prawie sto trzydzieści kilometrów i wiedząc, że wyjechałem dość późno wątpię w dojechanie. Tym bardziej, że ostatnio staram się poświęcać miastom więcej czasu niż dotychczas.

W Katrienholm wieje dość mocno i przeczywam, że będzie padać. Kręcę przez jakiś czas po ulicach, tradycyjnie podjeżdżam zobaczyć dworzec kolejowy i ruszam w dalszą drogę.

Przeczucia o deszczu okazują się trafne bo zaczynają się przelotne ale dość intensywne i coraz dłuższe opady. Gdy mam już przejechane dziewięćdziesiąt sześć kilometrów i wiem, że będę jechać w deszczu przez kolejne trzydzieści decyduję o zakończeniu jazdy i rozbiciu namiotu.

Trafiam na miejsce na skale nad jeziorem. Chyba nie mogę tu się rozłożyć, nie jestem pewny czy tabliczka o zakazie biwakowania obejmuje teren na którym rozbiłem namiot ale nie mam za bardzo wyjścia. Trochę wieje i jest głośno ale widok mam niesamowity.

#rower #podroze #szwecja #rowerovsky

Comments are closed.