Dzień pięćdziesiąty trzeci….

Dzień pięćdziesiąty trzeci….

Dzień pięćdziesiąty trzeci.

Obudziłem się około siódmej i dość szybko przeszedłem do pakowania aby jak najwięcej dnia wykorzystać na zwiedzanie Sztokholmu. Chciałem jeszcze tylko ugotować sobie trochę makaronu i wypić herbatę. Musiałem też kupić bilet na prom.

Pierwsze kilkanaście kilometrów pokonuję przedostając się przez sterylne i uporządkowane miasta okalające Sztokholm od południa. Nie dawały jednak szczególnie zachwycających widoków i zastanawiam się czy rzeczywiście tak jest, czy zdążyłem przyzwyczaić się do Szwecji. W drodze okazuje się, że uszkodzeniu uległa karta SD na której miałem wszystkie zdjęcia, mapy, zapisane trasy i punkty noclegowe. Na czas wyjazdu wykupiłem dodatkową przestrzeń na dysku google i robiłem kopie zapasowe gdy tylko miałem dostęp do Wi-Fi. Ostatnią kopię zrobiłem dziewięć dni wcześniej więc liczyłem się z pewnymi stratami. Szybko pobieram mapę Szwecji z dobrze zaznaczonymi drogami rowerowymi i jadę dalej. Na przedmieściach Sztokholmu jem pizzę i zauważam, że zacząłem dużo jeść. Chyba mam jakiś lęk przed kolejnym kryzysem energetycznym.

Będąc coraz bliżej centrum kontaktuje się z mieszkającą tam od kilku lat znajomą aby poleciła mi miejsca które warto zobaczyć. Gamla Stan czyli stare miasto to obowiązek, dwie wyspy Djurgarden i Skeppholmen oraz Hagapark. Taką listę dostałem. Zacząłem od Djurgarden bo dookoła, wzdłuż jej brzegu prowadzi droga rowerowa i byłem dość blisko niej.

Widząc ile do przejechania przede mną wiem, że muszę jechać bez ociągania się.Muszę objechać miasto i wyjechać kilkanaście kilometrów w stronę Nynasham aby rozbić namiot gdzieś nad jeziorem. Objeżdżam więc wyspę dookoła zatrzymując się na szybkie pamiątkowe zdjęcia i kieruję się do Hagapark.

Ten punkt mogłem pominąć. Po przejechaniu, szewdzkimi lasami i polami, około tysiąca ośmiuset kilometrów, uporządkowany park z wystrzyżoną trawą nie robi na mnie wrażenia. Po przejechaniu całego ruszam dalej w stronę Gamla Stan aby posmakować trochę gęstej zabuowy.

Dojeżdżam tam prowadzony jak po sznurku świetnym systemem dróg rowerowych. Dość długo krążę uliczkami starego miasta i gdy kończę jest już dość późno na oddalenie się do wybranego miejsca noclegowego a ja mam ochotę jeszcze trochę pojeździć po mieście. Znajduję inne, oddalone o osiem kilometrów, miejsce w którym mógłbym przenocować ale jest na północy a to oznacza, że jadąc na prom musiałbym przejeżdżać tę drogę w odwrotnym kierunku. Znajoma o której wspominałem podsunęła mi pomysł z polem namiotowym. Po miesiącu spania na dziko zapomniałem o takiej możliwości. Znajduję szybko miejsce oddalone o niecałe dwa kilometry. Gdy zajeżdżam widzę tylko plac wysypany grysem, brak recepcji, kilka kamperów i trzy domki. Zapytana pani mówi, że tu nie można rozbijać namiotów. Wskazuje mi też na kartkę z numerem telefonu do właściciela, przypiętą do jednego z domków. Dzwonię i zostaję poinformowany, że w Sztokholmie nie można rozbijać namiotów, nawet na kempingach. Jest już późno a campingi dość daleko, nie mam też czasu na weryfikację tej informacji i ustalania miejsca do przespania się. Szybki plan awaryjny zakłada dalszą jazdę po mieście, przesiedzenie paru godzin na dworcu kolejowym i ucieczkę z miasta gdy tylko zacznie się przejaśniać. Wracam więc na ulice wokół starego miasta a przed dwudziestą trzecią siadam na ławce na dworcu Sztokholm Centralny.

Chwilę przed północą obsługa informuje mnie, że za chwilę zamykają dworzec ale obok jest drugi, cichszy, cieplejszy i otwarty całą dobę. Zmieniam więc miejsce przesiadywania.

#rower #podroze #szwecja #rowerovsky

Comments are closed.