Dzień dwudziesty…

Dzień dwudziesty…

Dzień dwudziesty czwarty

Obudziłem się około szóstej. W nocy nie padało a rano wyszło słońce więc namiot był suchy i od razu mogłem go poskładać. Nieśpieszne pakowanie zajęło mi około godziny po czym pojechałem zjeść sniadanie na ławce pod młynami, które wczoraj minąłem. Gdyby nie ponowna walka z wiatrem o utrzymanie wszystkiego na miejscu byłoby to najlepsze miejsce na śniadanie jakie miałem do tej pory. Do tego było dość chłodno.

Wczoraj zrobiłem niewiele ponad 60 kilometrów i dziś też chciałem nie przekroczyć tej odległości.

Śniadanie jadłem długo a potem na jakiś czas schowałem się w młynie by osłonić się przed wiatrem. W tym czasie Słońce uniosło się wyżej i zrobiło się trochę cieplej.

Ruszyłem. Jadąc w koszulce z krótkim rękawem było mi zimno a gdy założyłem tę z długim, za gorąco. Od początku czułem, że to będzie trudny dzień i jestem w stanie kryzysu fizycznego. Może przez pogodę, może przez odżywianie, może za dużo wymagam od siebie i powinienem ze dwa dni poleżeć patrząc w sufit i się nie ruszać.

Skierowałem się w stronę Borngholm bo dwóch kolegów mi polecało. Słusznie. Pojezdziłem uliczkami, zobaczyłem port, zobaczyłem, że falafel kosztuje trzydzieści złotych i pojechałem drogą przez rezerwat. Ta zaprowadziła mnie ponownie pod zamek który widziałem jeszcze zanim wjechałem do miasta.

To moj drugi dzień kryzysu. Nie wiedziałem co robić dalej. Czułem się tragicznie. Chwilami chciałbym położyć się w łóżku, obejrzeć film, zjeść porządny obiad albo pojechać na wieś do rodziców i bujać się na hamaku. Wyjazd do rodziców łączy się oczywiście z porządnym obiadem. Aby zwiedzić całą Olandię musiałbym poświęcić jakieś pięć dni a na to nie mogę sobie pozwolić. Decyduję się na powrót na prom do Kalmar.

Droga z Borngholm do Färjestaden nie jest drogą rowerową do jakiej przywykłem. Prowadzi wąskim pasem wzdłuż ruchliwej trasy 137. Jest piątek więc na drodze jest dużo kamperów i ludzi jadących na weekend. Mam ciągle pod wiatr co pogarsza mój stan na kryzys w kryzysie. W tym momencie chciałbym się zwyczajnie teleportować w jakieś dogodne miejsce. Nie mamy jeszcze takiej technologi. Pozostają męczarnie.

Wycieńczony i zrezygnowany dojeżdżam na prom. Po drodze w końcu udaje mi się kupić gorzką czekoladę którą traktuję jako źródło magnezu a której nie mogłem zdobyć w markecie ICA. Tzn, niby była ale zaledwie 60% kakao i sto gramów za około 15 zł. Dziś nie stoję na zewnątrz patrząc na wodę. Siedzę wygodnie w środku i nawet nie wyglądam przez szybę. W Kalmar jadę na stare miasto pełne kolorowych kamienic. Jedna którą napotkałem była z XVIII w. Nie zrobiłem zdjęcia. Teraz żałuję choć transfer często mam słaby i to zdjęcie bym pewnie pominął. Gdy przybrzeżny wiatr ucichł, zrobiło się cieplej wstąpiła we mnie energia. Nogi zaczęły bez wysiłku kręcić korbą, poczułem się dużo lepiej. Zacząłem myśleć, że to chyba nie kryzys energetyczny, czy, czego obawiałem się bardziej niedobory witamin i minerałów a brak spokoju wywołany ciągłym wiatrem i szumem na wyspie. Minął mi też głód którego nie mogłem zaspokoić. Może organizm próbował załatać jakieś problemy jedzeniem? Nie wiem. Jadę i czuję się świetnie.

Kieruję się do Lindsdal w którym jest przejazd kolejowy i dzięki temu staje się moją bramą na wjazd wgłąb kraju. Dodatkowo zaciekawił mnie układ ulic. Lindsdal mogłem ominąć drogą rowerową ale tego nie zrobiłem. Skręciłem aby przejechać się ulicami i zobaczyć jak wygląda. Miasto sprawiło na mnie wrażenie sypialni Kalmar. Ciąg domów jednorodzinnych, czasami piętrowych, przypominających baraki. Te były w dobrym stylu ale poczyułem, że szybko poznałem charakter miasteczka i więcej zwiedzać raczej nie ma sensu. Teraz gdy patrzę na układ ulic, widzę, że przeznaczenie tego miejsca mogłem odkryć juz patrząc na mapę. Oczywiście i tak bym tam wjechał.

Planuję jechać do około dwudziestej pierwszej i znaleźć miejsce do spania. To znajduję jednak o wiele szybcjej gdy przejeżdżam obok młynu wodnego stojącego przy drodze, na małej polanie otoczonej murem z ułożonych beż spoiny kamieni. Takich murów jest tu bardzo dużo, szczególnie wokół pól uprawnych. Zastanawia mnie czemu wlaśnie tak są budowane. Szerokie czasami prawie na metr i wysokie na kilkadziesiąt centymetrów. Stare powiedzenie mówi: Ziemia rodzi kamienie. Może w ten sposób tutejsi rolnicy składują je zniesione z pola?

Obok młyna jest ławka i stolik. Miejsce na jutrzejsze śniadanie znalazłem już dziś.

To moja pierwsza noc w pełni na dziko. Nie mam dostępu do wody ale akurat wiozłem, ze sobą ponad trzy litry. Udało mi się umyć w jednym.

#podroze #rower #rowerovsky

Comments are closed.