Dzień dwudziesty drugi….

Dzień dwudziesty drugi….

Dzień dwudziesty drugi.
Spałem całą noc pomimo silnego wiatru. W końcu. Nie padało, wszystko było suchutkie. Mógłbym wszystko szybko złożyć i jechać. Niestety gdy wczoraj dotarłem recepcja była zamknięta i musiałem czekać do dziesiątej żeby zapłacić.

Z wywiady przeprowadzonego u kolegów i mojej wiedzy ogólnej wiedziałem, że jest tu drożej i do polskuch cen trzeba doliczać około pięćdziesiąt procent. Za jedną noc rozłożonego namiotu zapłaciłem ponad pięć razy wwięcej niż po drugiej stronie bałtyku bo jakieś sto dziesięć złotych. Nie miałem wczoraj czasu na kombinowanie z noclegiem na dziko. Wyjechanie z Karlskrony zajęłoby sporo czasu a chcąc się zaaklimatyzować wolałem pierwszą noc spędzić w jakiejś wiadomej lokalizacji. Gdybym jednak znał cennik, inaczej zorganizowałbym tę noc.

Musiałem zrobić szybko zakupy bo głód zaczynał pukać do drzwi. Pojechałem do supermarketu i nie wiedząc jak będzie wyglądać dzień, gdzie skończę jechać, czy blisko będzie sklep, wpadłem s mały szał zakupów i nabrałem prowiantu na dwa dni.

Miejsce które wybrałem na śniadanie to ławka na łące z widokiem na mały port dla żaglówek i drewniany, piękny dom.

Myślałem by jechać w głąb kraju w kierunku Växjö ale przeglądając mapę przy porannej gorzkiej czekoladzie postawiłem na jazdę wzdłuż brzegu i móc wieczorem znaleźc się w okolicy Kalmar a może nawet przedostać się na Olandię.

Jazda przez Karlskronę to była uczta dla oczu. Autostrady rowerowe bo tak jestem skłonny nazwać to po czym jechałem, prowadziły mnie przez osiedla domków jednorodzinnych. Wzdłuż ulic z asfaltowymi chodnikami, ciągnęły się nieogrodzone ogrody, często będące jedynie równo wystrzyżonym trawnikiem a domy tworzyły spójną pierzeję, różną w zależności od osiedla.

Ciągle wiał porywisty wiatr ale na szerokich i wydzielonych drogach rowerowych nie był znaczącym problemem. Nie był problemem też na zwykłych drogach publicznych bo tu kierowcy potrafią porównywać dwie liczby. Jedną będącą wskazaniem prędkościomierza i drugą, tą którą wskazuje znak ograniczenia. Potrafią też zachować odpowiedni dystans, nie tylko od rowerzysty ale również od poprzedzającego pojazdu. Sznur pojazdów gdzie nikt nie dojeżdża na dwa i pół centymetra do czyjegoś zderzaka był dla mnie kojący.

Drogi którymi jechałem, bliżej lub dalej trzymały się trasy E22.

Znalezienie pięknego domu w Szwecji jest łatwiejsze niż oddychanie o czym będę pisać pewnie codziennie. Obejrzałem tysiące zdjęć, wysłuchałem dziesiątek opowieści i dziś mogłem wreszcie stanąć twarzą w twarz z wyobrażeniami. Rzeczywistość je przerosła. Gdybym mógł puścić kierownicę to co chwila z wrażenia łapałbym się za głowę. Niestety obładowana jest niezwykle niestabilna i szybko mógłbym się przewrócić. Poza tym nie wolno jezdzić bez trzymanki tak?

Gdy wjeżdżam do Kristianopel stawiam rower, łapię się za głowę i robię kilka obrotów wokół własnej osi. To jest miejsce do którego powinno się wysyłać wycieczki na lekcje z estetyki. Niedowierzałem. Tam zwiedziłem też ruiny, nie wiem za bardzo czego ale rozpościerał się z nich widok na Cieśninę Kalmarską. Ciemna toń wody, granatowe niebo i chmury kłębiaste to widok na jaki czekałem.

Jechałem przez miasteczka, wsie i z uporem szukałem widoku który by mi się nie podobał. Nie znalazłem.

Cały dzień po niebie krążyły chmury deszczowe które na szczęście mnie unikały.

Zapomniałem w sklepie kupić wodę i gdy skończyła mi się ta którą nalałem do butelki na kempingu, zacząłem rozglądać się za ludźmi w ogrodach. Jadąc patrzę wgłąb każdego ogrodu by wychwycić różne szczegóły ale tym razem skupiony byłem na człowieku. Całe szczęście angielski nie jest tu, w przeciwieństwie do Węgier, barierą i z każdym można uciąć pogawendkę. Podczas zeszłorocznej wyprawy przez Węgry byłem słabo przygotowany. Nie spodziewałem się, że takie słowa jak „water” czy „tea” będą niezrozumiane w sklepach poza Budapesztem. Na następny raz przygotuję się lepiej.

Gdy około godziny dwudziestej byłem niecałe dwadzieścia kilometrów od Kalmar, zauważyłem stojącą przy drodze ławkę z napisem „For travellers”. Skorzystałem i siedząc zacząłem przyglądać się mapie. Do Kalmar dajadę ale na Olandię już nie. Kalmary to duże miasto i jeśli tam wjadę to pozostaje kemping w cenie kilkudniowej racji żywnościowej.

Za ławką był pas wykoszonej trawy i zaczął mi świtać pomysł. „For travellers” to „for travellers” więc może to tu rozbić namiot? Podjechałem do domu który stał w tym samym jak mi się wydawało ogrodzie. Wyszedł właściciel i nie myliłem się. Ławka jest jego. Namiot rozbić mogę. Poprosiłem o trochę wody, żeby wlać do prysznica ale ta okazała się niepotrzebna. Pan na taką okazję ma kabinę prysznicową na tyle domu i mogę skorzystać. Jest ciepła i zimna woda. Wolę zimną.

Rozbiłem namiot pod przepięknym domem i rano pierwszym widokiem po otwarciu będzie soczysta czerwień farby pokrywającej deski jego ścian.

Miałem propozycję, spania w czymś w rodzaju domku letniskowego ale dźwięk suwaka przy porannym otwieraniu namiotu działa na mnie jak wiadro kawy i to jego wybrałem na miejsce spania.

Chwilę pogadaliśmy. Nie szczędziłem słów zachwytu.

104 kilometry a każdy był wspaniałym.

#podroze #rower #rowerovsky

Comments are closed.